






































































































































okulary+ten pan=always win win










W pojedynku Robert woskowy v Robert prawdziwy zdecydowanie wygrywa ten drugi…




Nie wiedzieć czemu, oglądanie słabych filmów przychodzi mi ze znacznie mniejszym bólem, niż słuchanie słabych płyt. I całe szczęście, bo gdyby nie to, pewnie nigdy moja fascynacja Robertem Downeyem Jr. nie osiągnęłaby takiego poziomu. Zaczęło się dość obiecująco, bo od bardzo przyzwoitego Sherlocka Holmesa. A jednak teraz nie mogę odgonić od siebie myśli, że także i ten film wcale by mnie tak nie zachwycił, gdyby nie genialne występy Downeya i Lawa.
Nie ma chyba sensu rozwodzić się nad tym, dlaczego Robert był Sherlockiem niemal idealnym, zresztą może jeszcze kiedyś i ku temu nadarzy się okazja. Zastanówmy się raczej, które wady RDJ czynią go niemal ideałem.
Po SH przyszła pora na inne fajne filmy z RDJ, niestety, te szybko się skończyły, i teraz jestem na etapie tych mocno przeciętnych, słabych, bardzo słabych albo takich, co do których jest jednak jakieś szczątkowe prawdopodobieństwo, że mi się spodobają. Z tego wyciągam prosty, acz odrobinę przykry wniosek – Downey jest często genialnym aktorem marnych filmów. Nie mówię oczywiście o takich perłach, jak Kiss Kiss Bang Bang czy A Guide to Recognizing Your Saints, ale takiej niezaprzeczalnie wielkiej roli w wielkim filmie nie ma jeszcze w swoim CV.
Były alkoholik i narkoman, wiecznie niespełniony talent, pojawiały się nawet głosy, że talent zmarnowany, co na szczęście teraz okazuje się nieprawdą, a przecież lepiej późno niż wcale. Ten największy underachiever Hollywood ma w sobie coś magnetyzującego i wyróżniającego go spośród tłumu podobnych do siebie aktorzyn. Tak, ten pan can play. Może to te różne ciekawe i nieciekawe doświadczenia z przeszłości, może żona, może charakter i podejście do życia, a najpewniej wszystko po trochu – sprawiło, że jest tak wyrazisty i charakterystyczny, że nawet z małej, drugoplanowej rólki potrafi zrobić coś. Także to dzięki niemu i dla niego jestem w stanie obejrzeć te słabe filmy, w których grał, a które – gdyby nie on – wyłączyłabym najpóźniej po godzinie. On czyni je znośnymi, i ja też należę do grona ludzi, którzy są w stanie obejrzeć cokolwiek, jeśli tylko gra tam Downey.
Poza tym, heloł, ten facet ma poczucie humoru, jest niesamowicie inteligentny, skromny i ma godne pozazdroszczenia pokłady autoironii i dystansu do samego siebie. Tym bardziej intrygujące wrażenie sprawia jego na pozór zarozumiałe zachowanie nieznośnie pewnego siebie dupka, tak bardzo w stylu Tony’ego Starka, co? Musisz być świetnym komikiem, by unieść ciężar tego żartu i z kamienną twarzą wygłaszać podziękowania, w których twierdzisz, że nikomu nie dziękujesz, przy okazji dziękując wszystkim.
Facet ma przedziwny fashion sense. Przedziwny i fascynujący. Ma też naprawdę niesamowite oczy, wielkie, brązowe, wymowne. Samymi oczami jest w stanie powiedzieć więcej, niż niejeden aktor słowami. Wyposażony jest też w jeszcze jedną dziwną właściwość. Otóż wraz z wiekiem wygląda coraz lepiej. I przypomina Ala Pacino. Cóż, jest zabójczo przystojny, nawet, jeśli jest niski.
Potrafi też grać na pianinie i śpiewać, jednak piosenek z jego płyty nie toleruję. Pisałam już coś o słabych płytach, prawda?
Na koniec głos zabierze Van Kilmer, który świetnie podsumowuje Downeyową wyjątkowość w połączeniu z nutką dziwnego szaleństwa.
“I don’t know how I’d feel about having an actual relationship – separate from Robert. I think it’s got to be Robert or no one. It’s gonna be in my contract.” Damn, I say, that kiss must have been pretty good. “You know, the only other guy I’ve kissed was Colin Farrell, and Robert was … better. Colin’s sloppy. Well no, not sloppy – but he’s not a giver.” Did he slip in the tongue? “Little bit,” Kilmer laughs. “He really did. And there was some groping too. He looks like a groper, doesn’t he?”
